Deprecated: Funkcja WP_Dependencies->add_data() została wywołana z argumentem, którego użycie jest przestarzałe od wersji 6.9.0! Komentarze warunkowe IE są ignorowane przez wszystkie obsługiwane przeglądarki. in /home/vh10705/zuzelnews.pl/wp-includes/functions.php on line 6131

Żużel – Nicki Pedersen: Gdybym mógł cofnąć zegar, niczego bym nie zmieniał.

Nicki Pedersen jest jednym z głośniejszych nazwisk, które nie znalazły sobie klubu w dotychczasowych dwóch okienkach transferowych. Duńczyk mimo upływu lat i wielu kontuzji nie rezygnuje z czarnego sportu. Trzykrotny mistrz świata powspominał najlepsze momenty w dotychczasowej karierze.

2 kwietnia Nicki Pedersen rozpocznie 49. rok życia jak i kolejny spędzony na motocyklu. Selekcjoner Kadry Narodowej Danii, mimo upływu czasu nie zamierza rezygnować z jazdy, która wciąż sprawia mu radość, a sam zainteresowany nadal może być wartościowym elementem składu. Sezon 2025 w Rybniku, co prawda był najgorszym dla „Dzika” na poziomie PGE Ekstraligi, jednak na niższych szczeblach rozgrywkowych, Pedersen wciąż mógłby być wyróżniającą się postacią. Co za tym idzie, Duńczyk mógłby podnosić z toru spore ilości pieniędzy, a wszak dla Pedersena to całkiem istotny, ale nie najważniejszy aspekt o czym mówił w rozmowie z Tomaszem Lorkiem na łamach polsatsport.pl.

– W istocie tak było, że tata wyznał, że nigdy nie zarobię choćby jednej korony na żużlu. Słowa te podziałały trochę jako motywacja dla mnie. Moim celem nie było zarobienie fortuny na żużlu. Chciałem, aby był to mój styl życia i sposób funkcjonowania. Tata tak mówił, bo widział, że Ronni nie zarobił na żużlu pieniędzy i musiał szukać innego zajęcia. Ja chciałem się ścigać i nie patrzyłem na wymiar finansowy. Myślałem: byłoby miło, gdyby coś wpadło do kieszeni, ale to nieistotne przy frajdzie jaką daje jazda na motocyklu. Nie ukrywam, że ojciec mnie rozeźlił swoją opinią. Okazało się, że można całkiem nieźle żyć z żużla. Myślę, że to udowodniłem tacie. Nie spodziewałem się, że speedway zaoferuje mi życie na aż tak dobrym poziomie – rozpoczął – Nigdy w mojej filozofii nie opierałem się na poszukiwaniu ciepła czy empatii w klubie. Nie mówiłem: szukam przytulnego domu. Spoglądałem na moje kontrakty przez pryzmat biznesu. Przy wyborze klubu, traktowałem speedway jako sposób zarobkowania. Nie twierdzę, że kierowałem się tylko i wyłącznie kwestiami finansowymi, ale jeśli miałem na stole dwie oferty, a jedna zawierała o wiele lepsze pieniądze, to wybierałem opcję korzystniejszą finansowo. Są zawodnicy, którzy zostają w danym klubie nie patrząc na pieniądze i uważają, że tak ma być, ale ja nie należę do tego grona. Oni czują, że są zobowiązani względem sponsorów, że muszą być lojalni, bo ktoś im kiedyś pomógł w karierze, ale ja wychodzę z założenia, że nikt nie powie mi banalnego prostego słowa: dziękuję, jeśli pozostałbym w klubie bez powodu. A tak, pieniążki się zgadzają, jestem zaspokojony finansowo, więc kieruję się literą zysku ekonomicznego – tłumaczył.

Pedersen w swojej bogatej karierze zdobywał wiele trofeów, a także przeżył zupełnie różne epoki czarnego sportu. Jak sam wspomina jest nieco rozdarty pomiędzy nimi, bowiem z jednej strony ceni profesjonalizm, a z drugiej pasowała mu niegdysiejsza unikalna atmosfera – Jestem zawieszony pomiędzy dwoma światami. Bardzo lubiłem czasy, kiedy w piątek przyjeżdżała chmara dziennikarzy. Mogliśmy nawijać do bólu smażąc kiełbaski na grillu i kończąc wieczór kilkoma zacnymi puszkami piwa. My, żużlowcy, byliśmy wówczas bardzo zżyci z komentatorami, reporterami i sponsorami. To był taki bardzo wesoły cyrk obwoźny. Łatwo się oddychało. Dziś przyjeżdżasz na GP, odwalasz całe to medialne gówno i idziesz do swojego teamu naradzać się jak wygrać zawody. Szanuję taki model zawodowstwa, ale to nie moja bajka. Rozkwit motorhome’ów był bardzo ciekawym zjawiskiem. Z pewnością sprawił, że można było lepiej zatroszczyć się o sponsorów. Było barwnie, ciekawie i żużel wówczas uczynił krok naprzód. Dziś próżno szukać motorhome’ów w krajobrazie GP. Martwi mnie inny aspekt: dziś za cyklem GP podróżuje coraz mniej dziennikarzy. Kiedy byłem w szczycie mojej kariery, non stop włóczęgostwo uprawiało 5-7 dziennikarzy, którzy śledzili każdy mój ruch. Reporterzy jeździli za mną wszędzie: od Wrocławia poprzez Pragę, Lonigo, Cardiff, Sztokholm. Nawet kiedy nie biłem się o złoty medal i miałem słabszy okres, wciąż nie mogłem się od nich opędzić. To było fajne. A teraz nawet jak Leon Madsen walczył z Bartkiem Zmarzlikiem o złoto, nie jeździła za nim horda sportowych reporterów. Atmosfera siadła – wyznał.

Pedersen przez lata miał okazje rywalizować z wieloma wielkimi żużlowcami, część z nich udało mu się pokonać czego dowodem są chociażby trzy tytuły mistrzowskie – Nie powiedziałbym, że wierzyłem w możliwość wywalczenia złotego medalu w Speedway Grand Prix… Miałem nadzieję, że uda mi się zrealizować sportowe marzenia. Trafiłem na pokolenie, w którym miałem arcytrudnych rywali. Nie tylko Tony Rickardsson był świetnym fachowcem, było jeszcze paru innych gości… Miałem wyśmienitych konkurentów: Jasona Crumpa, Leigh Adamsa, Billy’ego Hamilla, Grega Hancocka. Wymagający rywale, ale wspaniałe czasy. Każdy wieczór spędzony na torze był gigantyczną porcją nauki. Gdybym mógł cofnąć zegar, niczego bym nie zmieniał – podkreślał.

– Dostrzegam sporo podobieństw pomiędzy mną a Tomaszem. Zawsze darzyłem Tomasza Golloba ogromnym szacunkiem. To bardzo mądry żużlowiec o niespotykanej skali ambicji. On pragnął wygrywać każdy wyścig. Był taki okres, że nie był najlepszy na świecie, ale stał się mistrzem globu, ponieważ był bardzo zdeterminowany, aby osiągnąć perfekcję. Pamiętam taki mecz w lidze duńskiej, na który Tomek Gollob przyjechał wysłużonym Mercedesem. Pół motocykla rozłożył w krzakach i pracował w pocie czoła nad tym, aby sprzęt go nie zawodził. Bardzo szanuję taką postawę i zapał do pracy. Pod kątem wiedzy inżynieryjnej Tomek był niezwykle uzdolniony. Odnoszę wrażenie, że czasami Tomasz był zbyt mądry i szukał zbyt wyszukanych rozwiązań. A w żużlu czasami prostota jest w cenie. Wydaje mi się, że czasami nawet lubił przekombinować i zbyt wiele opcji wędrowało przez jego głowę. W gruncie rzeczy speedway kocha proste rozwiązania. Przez swoją karierę wyznawałem jedną zasadę: zabierałem w trasę jeden silnik z niskim poziomem kompresji i drugi z wysokim stopniem kompresji. Dzięki temu miałem jasność co do pracy sprzętu. Wiedziałem jakiej krzywki użyć. Spoglądałem jedynie na tor: w zależności od tego czy tor był przyczepny czy twardy, dobierałem właściwy silnik. – dodał.

Na sam koniec Duńczyk odniósł się do przyszłego sezonu. Na ten moment weteran nie ma klubu i jak sam przyznaje – Tego nie wiem, ale wciąż kipi we mnie energia do startów na żużlu. Miniony sezon był fatalny jeśli chodzi o jazdę w Rybniku. Nikt nie był zadowolony z tego jak schrzaniliśmy robotę. Trochę klub zepsuł robotę na własne życzenie… Nie chcę wieszać psów na klubie z Rybnika, ale wszyscy dobrze wiemy, że jeżeli w składzie jest o jednego zawodnika za dużo, to nie jest to sytuacja komfortowa dla żadnego żużlowca. Nie zbudujesz atmosfery jeśli nie wiesz czy dany zawodnik jest w składzie czy się w nim nie mieści. To tak nie funkcjonuje. Ludzie z Rybnika mogli kupić dodatkowego zawodnika i po serii meczów sparingowych podjąć decyzję któremu z nas dają wolną rękę, aby znaleźć nowe miejsce pracy. Wówczas, na wiosnę to byłoby rozsądne rozwiązanie dla każdego z nas. Zawodnik, który nie przypadłby do gustu, wypadłby ze składu, ale miałby szansę znaleźć nowy angaż. A skoro tego nie uczyniono, to zawsze ktoś grzał ławkę: raz był to Gleb Czugunow, innym razem ja, a w końcu Chris Holder. Zawsze ktoś dostał kopniaka i nie jechał w meczu… To nie było sensowne rozwiązanie dla nikogo. – skwitował.

Postaw mi kawę na buycoffee.to