richardson-strona

Nikt nie dowierzał w to. Mija 10 lat od śmierci Lee Richardsona.

Feralnego 13 maja 2012 roku na wrocławskim torze odbywał się mecz ligowy pomiędzy miejscowym zespołem, a PGE Marmą Rzeszów. Podczas trzeciego wyścigu doszło do fatalnego zdarzenia z udziałem Anglika. Na początku uskarżał się na ból w złamanej nodze, nic nie wskazywało tego co miało się stać za parę godzin.

W trakcie trzeciej gonitwy dnia na „Olimpijskim” na wyjściu z pierwszego łuku Lee Richardson decyduję się na jazdę po zewnętrznej, jednak robi się ciasno i zahacza o tylnie koło Tomasza Jędrzejaka i uderza po drodze we Fredrika Lindgrena. Anglik nieszczęśliwie upada na tor i uderza w bandę gdzie nie ma już dmuchanych elementów.

Na torze momentalnie pojawił się ambulans z lekarzami. Żużlowiec po upadku rozmawiał z lekarzami i uskarżał się na ból. Trafił na nosze i został zabrany do szpitala. Po końcu spotkania dostaliśmy wiadomość iż Anglik walczy o życie, nikt w to nie dowierzał. Okazało się, że Richardson doznał poważnych obrażeń wewnętrznych i doszło do krwotoku wewnętrznego. Miał on zaledwie 33 lata.

Anglika wspomina ówczesna prezes Rzeszowskiego klubu, Marta Półtorak: „Utkwiło mi w pamięci, że po nieudanym meczu w Rzeszowie spotkaliśmy się w samolocie. To była nasza ostatnia rozmowa na osobności. On wracał do domu, ja leciałam do Warszawy. Był smutny, że znów nie zapunktował tak, jakby wszyscy tego oczekiwali. Zaoferowałam mu pomoc sprzętową. Rozmawialiśmy z Lee, że to tylko jeden mecz, że jedziemy dalej i nie ma się co martwić. Wierzył, że odbije się od dna. Rozstawaliśmy się z nadzieją w jego głosie. Mówił mi, że cieszy się, iż mam takie podejście, że nie krytykuję go za słabszy okres. To było nasze ostatnie spotkanie i rozmowa, którą zapamiętam już do końca życia.”