Żużel – Janusz Kołodziej o końcu kariery: „Psychika już wcześniej podpowiadała, że czas kończyć.”

Janusz Kołodziej zdradza kulisy decyzji o zakończeniu kariery. Jak przyznaje, o odejściu zdecydował nie werdykt lekarzy, lecz kumulacja kontuzji, ból i świadomość, że jego jazda przestała być konkurencyjna. Legenda czarnego sportu wspomina też, dlaczego Leszno było dla niego klubem wymarzonym i jak niewiele brakowało, by zakończył ściganie już w 2010 roku.

Zawodnik wielokrotnie podkreślał, że o końcu kariery zadecydują za niego lekarze. Teraz przyznaje, że była to tylko metoda na uzyskanie spokoju.

– Z tego wszystkiego już nie było czasu na tych lekarzy. Pewne rzeczy musiałem mówić po to, żeby dano mi trochę spokoju, natomiast teraz jestem po operacji obojczyka, którą miałem dokładnie tydzień temu i w końcu wyjęto mi gwóźdź, który ciągle mi przeszkadzał. Czuję się od razu sto razy lepiej niż w trakcie sezonu. Tak naprawdę później nie opiniowałem już tego u żadnego lekarza, bo decyzja i tak była podjęta. Chciałem tylko dojechać do końca sezonu i omijać pytania dziennikarzy, którzy cały czas pytali o to samo – wyjaśnił na łamach ekstraliga.pl.

Ogromny wpływ na ostateczny wybór miała zimowa kontuzja, czyli zerwanie więzadła. Kołodziej nie krył, że z kolanem do dziś nie może dojść do ładu.

– Bardzo duży, bo do dzisiaj nie mogę z tym kolanem dojść do ładu. Podobno taka kontuzja może goić się nawet dwa lata, więc w przyszłym roku może będzie już lepiej. Dla mnie to już któreś z kolei zerwanie i któraś z kolei operacja na tym samym kolanie, a na jednym z nich mam „skradzione” te więzadła z drugiego, więc teraz obydwa są naruszone. To wszystko mnie już trochę wymęczyło, bo jak tych kontuzji nagle nagromadzi się sporo, to bardzo to na człowieku ciąży – przyznał.

Zaskakujące jest to, że na torze bywało lepiej niż w życiu codziennym. Problemy pojawiły się dopiero w końcówce sezonu, gdy do kłopotów z kolanem dołączył ból barku i obojczyka.

– O dziwo na żużlu było mi nawet lepiej, ale w końcówce sezonu przez ból barku i obojczyka, w którym czułem ten gwóźdź, nie mogłem użyć pełni swojej siły. Wcześniej, jak miałem problem z kolanem, to przerzucałem siły na ręce i podciągałem nogę, a później, gdy okazało się, że ręce nie dają już rady, to ciągle popełniałem błędy. Wychodząc z łuku nawet nie mogłem już chować nóg przy motocyklu – opisał.

Najbardziej wymowne było jednak spojrzenie na własną jazdę z dystansu. Podczas gali, na której wyświetlono film podsumowujący jego karierę, Kołodziej zobaczył siebie z zupełnie innej strony.

– Gdy oglądaliśmy podczas gali film podsumowujący moją karierę, to przy tych starszych urywkach widziałem swój kompletnie inny styl jazdy niż aktualny, który jest ciężki i po prostu niekonkurencyjny. Inni robią to wszystko szybciej, a ja już jestem spowolniony, dlatego czuję, że chciałbym zwolnić w swoim życiu. Cieszę się, że teraz też będę mógł robić coś fajnie i dobrze, ale trochę wolniej – dodał.

Mimo to zawodnik nie ukrywa, że decyzja kosztowała go wiele.

– Ogromny żal. Ja bym jeszcze chciał jeździć i jeździć, ale jak już czujesz, że twoje ciało nie daje rady, to trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny. Ja to już czułem wcześniej i przedłużałem tę karierę, ile mogłem. Widzieliśmy, jak to wyglądało w tym sezonie, kiedy raz jechałem, a raz nie, co było robione na siłę – zaznaczył.

Zapytany o to, czy w 2024 roku, gdy był piątym najlepszym zawodnikiem PGE Ekstraligi, uwierzyłby w taki scenariusz, odpowiedział, że wtedy jeszcze nie, ale rok później sytuacja zaczęła się już zapowiadać.

– Muszę przyznać, że gwoździem do trumny było kolano, ale psychika już wcześniej podpowiadała, że czas kończyć – podkreślił.

Kołodziej wspomina też klub, któremu jak mówi wiele zawdzięcza. Choć Unia Tarnów była jego ukochanym zespołem, to właśnie Fogo Unia Leszno była tym wymarzonym.

– Unia Tarnów była moim ukochanym klubem, ale tym wymarzonym była też Fogo Unia Leszno. Jako dzieciak trafiłem tutaj po busa i żyłem w tym mieście przez tydzień. Widziałem, jak to wszystko wygląda i jak jest poukładane. Marzyłem, żeby jeździć gdzieś, gdzie żużel jest religią. Tak właśnie jest w Lesznie, a w Tarnowie mi tego brakowało. Na początku jeszcze tak było, ale później zaczęło to podupadać i brakowało mi w tym pewnej profesji, żeby dalej się rozwijać i iść do przodu. Wiadomo, że tam się wychowałem itd., ale jestem bardzo wdzięczny klubowi z Leszna, bo gdyby nie on, to nie wiem czy w 2010 roku nie skończyłbym kariery – powiedział.

Jak się okazało, przeprowadzka do Leszna była dla niego strzałem w dziesiątkę.

– Bo już miałem dość. Byłem zmęczony tym wszystkim i dobijało mnie, jak klub w Tarnowie funkcjonował. Chciałem skończyć karierę i myślałem, że gwoździem do trumny będzie pójście do Leszna, bo to wymagający zespół, a okazało się, że odjechałem sezon życia. Wtedy też zmieniłem bardzo dużo rzeczy na raz, co było strzałem w dziesiątkę. Byłem w Lesznie na dwa lata, później wróciłem do Tarnowa, ale od 2017 roku zostałem w Unii już do samego końca – opowiadał.

Z tych słów wyłania się obraz zawodnika, który o żużlu myślał całym sobą, a swoją drogę kończy z poczuciem, że wycisnął z niej, ile się dało. Statystyki potwierdzają, że nie były to puste słowa. Kołodziej to wielokrotny drużynowy mistrz Polski, który tytuły zdobywał zarówno w barwach Unii Tarnów, jak i Unii Leszno. Sezon 2010 w Lesznie, o którym sam mówi jako o „sezonie życia”, przyniósł mu Złoty Kask i tytuł indywidualnego mistrza Polski. W sumie czterokrotnie sięgał po złoto IMP.

W reprezentacji Polski trzykrotnie zdobył złoty medal Drużynowego Pucharu Świata. Ma też na koncie medal indywidualnych mistrzostw Europy, a w młodości wywalczył Drużynowe Mistrzostwo Świata Juniorów i Drużynowe Mistrzostwo Europy.

Dwukrotnie, w 2011 i 2019 roku, był stałym uczestnikiem cyklu Grand Prix. Największy sukces w tych zawodach odniósł w Pradze w 2019 roku, wygrywając rundę mistrzostw świata. Jak przyznawał, to właśnie ten triumf, osiągnięty po latach starań, był dla niego szczególnie ważny. Do pełni szczęścia zabrakło mu większych sukcesów w cyklu, ale na tle zmagań z kontuzjami i wiekiem już samo to, że przez ponad dwie dekady utrzymywał się w światowej czołówce, zasługuje na szacunek.

Od 2017 roku wierny barwom Unii Leszno, w wieku 42 lat zszedł ze sceny jako najstarszy zawodnik PGE Ekstraligi. Odchodzi z kilkoma tytułami, wieloma niezapomnianymi wieczorami i opinią zawodnika, który o żużlu miał rzadką umiejętność mówić tak, jak jeździł: szczerze i bez uników.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Postaw mi kawę na buycoffee.to